Zabawki, które zostają…

cze 19, 2014 by

Zabawki, które zostają…

Ze swojego dzieciństwa pamiętam najlepszą przyjaciółkę-sąsiadkę, nasze podboje osiedla i lasu, pamiętam przedszkole  i zabawy w żółwie Ninja. Cudownie wspominam czas świąt, zarówno Wielkanocy i Bożego Narodzenia, Rodzice się starali, byśmy przeżywali i doświadczali ich atmosferę odpowiednio do wieku. Dobra, nie oszukujmy się, pamiętam o wiele, wiele więcej cudownych chwil, wyjazdów, momentów, nawet niekiedy powraca do mnie to uczucie, które czułam w konkretnych chwilach, kiedy po prostu byłam dzieckiem i czułam się jak jedno.
Jedną z takich rzeczy, które pamiętam jest mój ulubiony pluszak, którego dostałam od Taty. Od Mamy miałam lalkę, z niebieskimi włosami – Zuzię. Jednak to pluszaka – Misia Śpisia – zabierałam wszędzie. Każdy dłuższy wyjazd z domu oznaczał, że miś jedzie ze mną. Dochodziło nawet do sytuacji, że jeśli zdarzyło mi się go w ferworze pakowania zapomnieć, biedna Mama pakowała go w paczkę, dorzucała słodycze i wysyłała na kolonię nad morze, gdzie stacjonowaliśmy przez 2 miesiące ja i Tata. Misiu Śpisiu musiał być. Nigdy nie było wstyd mi się do niego przytulić i razem zasnąć, czy zatęskniłam za domem, czy po prostu było mi smutno. Do dzisiaj jest ze mną i nie wyobrażam sobie, że po 28 latach nie byłoby go wciąż przy mnie. Bo właśnie, dostałam go, gdy miałam roczek i mimo, że stracił na swojej puszystości, futerko nie jest milusie (no chyba, że pod ogonkiem), a oczy straciły swój dawny blask, wciąż jest tym samym Misiem Śpisiem pocieszycielem i chyba załamałabym się, gdyby coś mu się stało. (pod względem przywiązywania się do rzeczy martwych chyba mam trochę nierówno pod sufitem…). Patrząc na niego znowu po trosze jestem dzieckiem, w swoim pokoju, wśród swoich zabawek, na ten moment mogę poczuć się beztrosko jak wtedy, gdy miałam te 5, 7, 10, 13 lat. Nie pamiętam, by Misiu Śpisiu służył mi do zabawy, no chyba, że byłam nauczycielką, a gromadka pluszaków odgrywała rolę moich uczniów. To chyba była moja najlepsza zabawa, gdy za oknem w najlepsze panowała burza. Misiu Śpisiu był za to ze mną zawsze przy łóżku, służył mi jako jasiek (oprócz czasów, gdy ‚jaśkiem’ był nasz pierwszy kot :D ), jako przytulacz – pocieszacz.

Z dzieciństwa pamiętam bardzo dużo zabawek. Nie wiem czy u Was również panowała tendencja do znikających zabawek. Pamiętacie, że bawiliście się nimi przez lata (choć jako dziecko ciężko określić ile coś mogło trwać), a potem nagle wspominacie już tylko czas, gdy danej zabawki nie ma i nie macie pojęcia co się z nimi stało. Bo ani nie oddaliście jej nikomu, ani tym bardziej Wasi Rodzice nie pytali się Was o zgodę przekazania jej młodszemu kuzynowstwu czy dzieciom znajomych Rodziców. Nie przypominacie sobie również, byście sami z siebie znudzili się nią i przestali się nią bawić. I nie wiem czy chodzi o wybiórczość dziecięcej pamięci, czy o podstęp Rodziców, którzy sprytnie, potajemnie pozbywali się zabawek, uznając, że już się z nich wyrosło? Znacie rozwiązanie tej zagadki? Co gorsza pytałam kiedyś moją Mamę o to, nie raz pytałam! I nigdy jakoś nie usłyszałam konkretnej odpowiedzi, która zaspokoiłaby moją niewiedzę w tej kwestii, ja się pytam: o co w tym wszystkim chodzi? Naprawdę niemal wszystkie znikające zabawki, które pamiętam do dziś, to były naprawdę super rzeczy do zabawy na długie godziny!
Gra planszowa Focus, samochód kabriolet koloru żółtego na baterie z joystickiem sterującym na kablu z pasażerem, dwa rodzaje klocków, jedne składające się z płyt, które łączyło się specjalnymi elementami i można było budować ‚domy’ – mi służyły do tworzenia zjeżdżalni dla resoraków :D – drugie w formie wąskich pasków, które również łączone tworzyły różne konstrukcje np. kask, czy piłkę. Co się z nimi stało? Dlaczego moi Rodzice mieliby się ich pozbyć, skoro takie zabawki są ponadczasowe? Tego nie wiem, co dziwne, część rzeczy zostało, ciekawe na czym w takim razie polegała ich selekcja… :D

Bardzo chciałabym przekazać Groszkowi tę słabość do rzeczy martwych. Zabawek nie trzeba zużyć = zniszczyć, by przestać się nimi bawić i dostać nowe. Nie pamiętam, bym celowo zepsuła jakąkolwiek zabawkę. Owszem część dzieci rozpruwa misie, a 20 lat później zostaje weterynarzem albo lekarzem…patologiem. Inne dziewczynki rżną lalkom włosy, a potem stylizują najsłynniejsze głowy w Państwie. Fajna sprawa dostrzec na tym etapie preferencje naszych dzieci i umieć, czy pomóc im to wykorzystać, gdy przyjdzie na to odpowiednia pora. Mi zabawki służyły latami, zgodnie z ich przeznaczeniem, właściwie chyba nigdy nie przyszło mi do głowy, by zamalować buzię lalki flamastrem, czy przejechać rowerem po Misiu Śpisiu, by dostać nowego, fajniejszego. Jestem przekonana, że mimo, że wydaje mi się, że to JA decydowałam, że nie chcę ich zepsuć, to wiem, że przeświadczenie o nieniszczeniu zabawek pochodziło od moich Rodziców, od mojej Mamy, która musiała nauczyć mnie, by wszystko szanować. Wierzę, że Groszkowi, posiadającemu moje geny, przyjdzie łatwo zaakceptować, że bawienie się zabawkami wciąż jest fajne, gdy miś nie traci głowy po spotkaniu z Potworem Nożycem, czy coś w tym stylu… ;)

Póki co Groszek ma kilka pluszaków (kto wie, może wśród nich znajduje się swoisty Misiu Śpisiu), oraz trochę zabawek, których ja osobiście nie darzę uczuciem, więc jeśli zakończą z jakiegoś powodu swojego żywota, nie będę ubolewać. Są to tego typu zabawki, które nudzą się z wiekiem, z których dziecko wyrasta i na pewno część z nich umyję/odkurzę i wrzucę na strych zachowując dla młodszego rodzeństwa Groszkowego. Nie zdziwiłabym się, gdyby za kilka lat Groszek wciąż powracał do jednej, bądź kilku książek, które zakupiliśmy mu już teraz. Są one wprawdzie ze zwykłych papierowych stron (i wciąż czekają na moment, gdy będą mogły być obejrzane bez pourywanych / zjedzonych rogów), ale już niedługo wyciągniemy je i będziemy oglądać, tak jak oglądamy te wszystkie z tekturowymi stronami. Mimo najprostszych obrazków, Groszek jest zachwycony, co bardzo mnie cieszy, bo przejawia często większe zainteresowanie książkami, ponad innymi zabawkami. Ale to akurat ma po Tacie… :D

Również po, a raczej od Taty, Groszek na pierwszy swój Dzień Dziecka dostał Seweryna. Skąd to imię? Groszek wybrał… ;) Smok Seweryn, bo o nim mowa jest tak wdzięcznym modelem, że aż prosił się o sesję, bez szaleństw więc, ale jest. Mam nadzieję, że jeśli nie przytrafi mu się żaden tragicznie nieszczęśliwy wypadek w postaci obciętej, przytrzaśniętej, rozjechanej, rozdeptanej, zjedzonej przez robaki głowy, to może przetrwać lata! ;)

Panie i Panowie, oto Smok Seweryn…

ND3_9927

ND3_9931

ND3_9933

ND3_9952

Przy okazji załapał się i Mistrz Raczkujący w ponurej odsłonie… ;) To kółko wiecznie ucieka, serio…

ND3_9922

ND3_9958

ND3_9961

ND3_9962

Jakiś problem? :)

ND3_9942

P.S. Jeśli uważacie, że powinnam popracować nad długością wpisów, dajcie znać, przemyślę to… ;) Jeśli oczywiście chcecie by były jeeeeszcze dłuższe… ;)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>