w życiu ‚być’ znaczy więcej niż ‚mieć’

cze 25, 2014 by

w życiu ‚być’ znaczy więcej niż ‚mieć’

Przez ostatnie kilka dni kłębiło mi się w głowie dużo myśli. Nie mogłam się zebrać z konkretnym wpisem, nie wiedziałam o czym miałby być. Nie czułam się gotowa, by pisać o Jerzym Zgodzińskim vel Szefie vel Zorro, założycielu Korczakowców (zapewne 99% nie wie kim Korczakowcy są, a szkoda, bo mielibyście wielkie szczęście trafiając na nich i na Szefa poprzez nich właśnie). Dla mnie to temat dość osobisty, bo – ponownie – poprzez mojego Tatę byłam, jako dziecko, kilka razy z Korczakowcami na Zimowisku oraz kilka razy na obozie w Korczakowie.
Człowiek ma to do siebie, że nie myśli o kimś w kontekście starzenia się i ewentualnej śmierci, nie uświadamia sobie do końca takiej sytuacji, dopóki nie ma ona faktycznie miejsca. A ta zbyt często przychodzi nieoczekiwanie, a ja – nawet w obliczu poważnej choroby kogoś bliskiego – wciąż wmawiam sobie, że jeszcze będzie dobrze, jeszcze ta osoba wyjdzie z tego, jeszcze nie jego / jej pora na umieranie. W moim życiu nie byłam jeszcze – całe szczęście – w sytuacji, żeby śmierć osoby mi znajomej / bliskiej była naprawdę, ale to naprawdę bolesna.
Z jednej strony mój Dziadek – ojciec mojego Taty – z którym niby żyło się na jednym osiedlu, odwiedzało jego i Babcię często, ale wielkie przywiązanie i miłość nie wywiązała się z tego. ‚Winić’ można jedynie pokolenie ludzi w wieku mojego Dziadka, nieokazujące czułości, uważające, że to kobieta poświęca dzieciom czas i obdarowuje miłością, a mężczyzna w rodzinie jest żywicielem, trzyma dyscyplinę w domu i na tym jego odpowiedzialność się kończy. Z drugiej strony mama mojej Mamy, czyli moja Babcia. W przeciwieństwie do mojego Dziadka, którego śmierć nadeszła po chorobie i pobycie w szpitalu, Babcia umarła nieoczekiwanie w swoim domu, na krześle, wierzymy, że nadeszło to delikatnie i po prostu zamknęła oczy, jakby zasypiając. Z nią widywałam się rzadko, wprawdzie mieszkała zaledwie 90 km od Zielonej Góry, w miejscowości, gdzie obecnie mieszka mój brat z Rodziną. Pretekst do wyjazdów więc zawsze był, ale Babcia była zahartowaną przez życie kobietą, która musiała stawić czoło wychowaniu samotnie 3 córek, być ich Mamą, Tatą, przynosić pieniądze, wyżywić, zaopiekować się, poniekąd zrozumieć nastoletnie problemy dojrzewających córek. Wydaje się, że nie dla wszystkich bycie tym wszystkim jest możliwe, stąd okazywanie czułości będąc jednocześnie dającą sobie radę samotną matką, nie przychodziło jej łatwo. Podczas każdej wizyty widać było w jej oczach tę miłość, jednak nigdy nie potrafiła po prostu być na zewnątrz tą ciepłą i kochającą osobą, której trudne przeżycia skutecznie to uniemożliwiły. I choć serce chciało, usta milczały i trzymały fason aż do końca.

Gdybyście mogły włączyć TO i czytać dalej, byłoby naprawdę super…
Jerzy Zgodziński, bo to on wciąż siedzi w mojej głowie i sprawia, że rozmyślam o tym, że świat wciąż pozbywa się ze swojej powierzchni zbyt wielu ludzi, którzy jeszcze na to nie ‚zasłużyli’, był człowiekiem, o którym nie wypada nie wspomnieć.
W 2010 roku Szef został odznaczony Orderem Uśmiechu, oto fragment artykułu z Gazety Lubuskiej:

Decyzją sekretarza generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych od 1979 roku Order Uśmiechu zyskał status międzynarodowy. Wśród lubuskich nauczycieli, pedagogów, wychowawców to dopiero druga taka nagroda dla instruktora harcerskiego, założyciela legendarnego szczepu Korczakowców. Tym samym Jerzy Zgodziński dołączył do grona kawalerów orderu: Jana Pawła II czy Matki Teresy z Kalkuty i innych znanych na świecie postaci.

Więcej o postaci, jaką był Jerzy Zgodziński:

Laureat jest zielonogórzaninem, ale nie z urodzenia. Dzieciństwo spędził w Wielkopolsce. Z Winnym Grodem związał się dopiero po ukończeniu filologii polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Z dyplomem magistra szukał pracy. Rozesłał podania do kuratoriów w różnych województwach. Odpowiedź otrzymał z zielonogórskiego. Zaoferowano mu pracę w zasadniczej szkole zawodowej. Przyjął ją bez wahania. A był to rok 1961. I od tego czasu przez całe życie zawodowe związany był z placówką, która stała się potem Zespołem Szkół Samochodowych.

– Już na początku dyrektor polecił, bym założył drużynę harcerską. Nie byłem z tego powodu szczęśliwy. Ja? Przecież – nie licząc zuchów – nie byłem druhem – wspomina po latach. – Chciałem prowadzić teatr, a tu mi każą – drużynę!
Od początku było to trochę dziwne harcerstwo. Bez musztry, alarmów, meldunków.
– Uczniowie w szkole zawodowej mieli mniej możliwości spotykania się z kulturą. Dlatego postanowiłem wykorzystać pracę w harcerstwie do zainteresowania młodzieży literaturą, teatrem, filmem. To stało się naszą misją – podkreśla.

Trochę więcej o wyjątkowości Korczakowców i ich założyciela:

Szczep Korczakowców od razu zyskał sławę. Z powodu ambitnych dyskusji o ambitnych filmach, muzyce, powieściach. I atmosfery, jaka wśród druhów panowała. Od początku było wiadomo, że będą pracować wykorzystując ideę Janusza Korczaka. Stał się dla nich wzorem. Nazwali się więc Korczakowcy, po dwóch latach napisało o nich ,,Nadodrze”. 
– Tak zostaliśmy Korczakowcami. No i taka nazwa towarzyszy nam do dziś – podkreśla J. Zgodziński. 
Wydawali gazetę, oglądali filmy, których nie pokazywano w kinowych salach. W pracy wykorzystywali wszelkie nowinki techniczne. Zorganizowali studio telewizyjne. Dzięki kamerze utrwalali na taśmie najcenniejsze chwile.

Dla Was to suche fakty, choć mam nadzieję, że chociaż po części zrozumiecie znaczenie tego człowieka w życiu tysięcy dzieci. Jerzy Zgodziński założył szczep harcerski Korczakowców 50 lat temu, 50! Tylko sobie wyobraźcie, na taki obóz spokojnie jeździliby Wasi Rodzice, Wasze starsze rodzeństwo, Wy, dzieci Waszego starszego rodzeństwa. Szef dosłownie wychowywał pokolenia. Mój brat, który najpierw wspólnie z moim Tatą, a potem już samodzielnie, jeździł do Korczakowa od drugiego roku życia, sam mi pisał, że to dzięki Szefowi jest takim człowiekiem. Wartości, które przekazywał Jerzy Zgodziński obozowiczom, przetrwały w ich sercach, w ich głowach, tworząc ich lepszymi ludźmi. Ludźmi, którzy szanują drugiego człowieka, którzy nie oceniają, pomagają drugiemu bezinteresownie, którzy żyją zgodnie z zasadą że w życiu „Być” znaczy więcej niż „mieć”.
Ja również poznałam Szefa, teraz już nie pamiętam, czy pierwszy raz w Korczakowie właśnie, czy na zimowisku w Andrzejówce (później w Szczyrku). Musiałam mieć koło 7, 8 lat, wiem, że byłam najmłodsza na Zimowisku swego czasu. Pamiętam jednak tamte chwile dość wyraziście. W pierwszy wieczór Szef zakładał nam chusty, staliśmy w kręgu, tak naprawdę była nas garstka, około 30 osób, wyjątkowa, piękna chwila, której zawsze nie mogłam się doczekać, a jednocześnie zżerał mnie stres i czułam wielkie podekscytowanie. Te chusty to był jedyny element różniący nas od nie-harcerzy. Korczakowcy są specyficznym szczepem harcerskim. Bez obowiązkowych strojów, musztry. Sygnałem ‚pora na śniadanie/obiad/kolację’ w Korczakowie była rozbrzmiewająca w lesie pośród drzew piosenka zespołu Europe – Final Countdown. Do końca mojego życia będzie ona kojarzyć mi się z Korczakowem oraz z okresem, kiedy chodziłam do przedszkola – wtedy często słyszałam ją rano w radio. ;) To dzięki Korczakowcom mam nagrania wideo z tamtego czasu. Widać jak śmieję się późnym wieczorem, ubrana w ciepłą czapkę i rękawiczki, stoję wraz z innymi Korczakowcami z Zimowiska i czekamy na Króla Gór, który to ma przeprowadzić swego rodzaju Chrzest. Potem robimy śmieszne rzeczy, turlamy się w śniegu, według jego poleceń, byle tylko zasłużyć na miano Korczakowca. Widzę mojego brata, który ma 15 lat i śmiga na nartach, mój Tata z typową dla niego miną popisuje się zjeżdżając z górki, potem celowo upada, by rozbawić dzieci. Widzę tych wszystkich ludzi, których wtedy poznałam, którzy opiekowali się mną, a ja podążałam za nimi wiernie jak pies. Jest i Szef, prawiący mądre słowa, próbujący przekonać nas do swoich filozofii, takich, które ja wtedy niekoniecznie rozumiałam, nieco starsi słuchali jednym uchem, a docierało to dopiero do tych powoli wkraczających w dorosłość nastolatków, którzy wiedzieli, że ten człowiek doskonale wie o czym mówi, wie, że chce przekazać im złote myśli na temat życia. Potem wszyscy po ciemku słuchamy muzyki, Eine Kleine Nachtmusik Mozarta, Szef siedzi na uboczu, gwiżdże pod nosem, wymachuje nogą do taktu, kamerzysta – młody chłopak – filmuje go jako powód do uśmiechu, Szef najpierw udaje, że nie widzi, potem uśmiecha się.
Każdy dzień z Korczakowcami był zajęty, uwierzcie mi! Albo przygotowywaliśmy się do kolejnej zabawy, gry, przedstawienia, albo zabawy te się odbywały. Koło Fortuny, zabawa w teatr (gdzie każdy musiał się przebrać i odgrywaliśmy rolę, recytując wiersze Brzechwy, Tuwima), Czar Par, zabawa z gwizdkiem, znikające krzesło, nagrywanie teledysków do znanych piosenek, w tym U2 – Numb, Pink Floyd – Another Brick In The Wall, czy Jezioro Łabędzie tańczone przez chłopców w turbanach na głowach i przepasanych jedynie ręcznikiem w pasie. A to tylko część zabaw, niewielki element tego, co pamiętam.
To wszystko jest na tych kilku mega cennych kasetach wideo! Ileż ja bym dała, by móc znowu jest odtworzyć i obejrzeć wraz z Mamą, Tatą i Bratem, jego Rodziną, Tatą Groszka, no i Groszkiem oczywiście. Gdy uda nam się w końcu pojechać do Polski, na pewno postaram się z moim Bratem, by znowu zobaczyć te nagrania, poważnie są one obecnie na wagę złota.

Chcę wierzyć, że mimo śmierci tak wspaniałego człowieka, jakim był Jerzy Zgodziński, Korczakowo i Korczakowcy będą trwać i kierować się tymi samymi wartościami, co 50 lat temu. Marzę, by w przyszłym roku móc zabrać Tatę Groszka i Groszka do Korczakowa, pokazać im to miejsce, które tak znacząco wyryło się w pamięci mojej i mojego Brata, jego poglądach i wartościach, które kultywuje w życiu.

Wybaczcie ten długaśny wpis, nie dało się ująć choć części życiorysu i znaczenia Szefa krócej. Mam wrażenie i tak, że napisałam to wszystko dość chaotycznie i na prędce, a przez to nie wyda Wam się to ciekawe. Obym się myliła.
Artykuły, z których korzystałam znajdują się TU i TU.
Mam nadzieję, że nie patrzycie na Szefa już jak na obcego człowieka, ale dzięki temu, co napisałam, znacie go już trochę, szanujecie i zdążyłyście polubić, a nawet pożałować, że umarł. Bo naprawdę wielka, ale to wielka szkoda i żal, że umarł tak wspaniały człowiek. Chciałabym, by mógł jeszcze przez kilka lat służyć radą i uśmiechem dziesiątkom dzieci, zbłąkanym nastolatkom, poszukującym swojej drogi w życiu. Mam nadzieję, że przez moment pożałujecie, że go nie poznałyście i nie byłyście za dziecka na takim obozie. Bo ja żałuję, że nie jeździłam tam dłużej, więcej.

Ale, by podnieść na duchu smutny wydźwięk tego wpisu, zapraszam na piosenkę :)

3 Comments

  1. Karolina

    Ah tak! Korczakowo… Wieczory w korzonku, przy ognisku, w namiocie! Druhna Adela (o ile dobrze pamiętam), ah to były czasy! A Final Countdown też mi sie nadal kojarzy z posiłkami :) Jak to Maryla śpiewała „ale to już było, i nie wróci więcej…”

  2. DeMia

    Faktycznie, to musiał być wspaniały człowiek. A Twój wpis to chyba najlepsze, co mogłaś zrobić… Cóż, działa motywująco dla ludzi pracujących z dziećmi ;))

    • Mama Groszka

      Serio? Nauczyciele, wychowawcy nie zdają sobie sprawy jakie znaczenie mają w życiu dzieci. Ja okres dzieciństwa pamiętam chyba najlepiej, a tych fajnych i niefajnych nauczycieli najbardziej. Nie mamy świadomości jak bardzo tacy ludzie wpływają na nas i na nasze życie dopóki nie dorośniemy i wtedy zrozumiemy, że kierujemy się wartościami i zasadami, które oni nam kiedyś zaaplikowali. :)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>