Ten dzień…

gru 5, 2013 by

Ten dzień…

…kiedy poszłam rodzić Groszka – a właściwie przeddzień kiedy się zaczęło – wcale nie wspominałabym dobrze, gdyby nie on. :-)

Zaczęło się nieoczekiwanym zwrotem akcji w czwartek, w 38. tygodniu ciąży, kiedy to poszłam na rutynową wizytę do położnej. Położna taka na każdej wizycie sprawdza ilość białka w moczu, mierzy ciśnienie, wielkość brzucha i tętno dziecka. Do tej pory wszystko było ok. Aż do tamtego dnia…okazało się bowiem, że pojawiło się białko w moczu, dodatkowo moje ciśnienie było ciut za wysokie. Problem z ciśnieniem pojawił się już dobrych kilka tygodni wcześniej, raz nawet zadzwoniłam na oddział pytając co robić, bo bolała mnie głowa, do tego miałam dość wysokie ciśnienie w granicach 135/90, a same wiecie ile ‚porad’ można znaleźć w internecie gdy coś nam dolega i chcemy sprawdzić cóż by to mogło być. Każda najdrobniejsza sprawa, począwszy od pryszcza na d**** może albo być bagatelizowana albo wręcz uznana za ‚rośnie Ci trzecia ręka, jesteś kosmitą, na Twoim miejscu poszukałabym statku na którym przyleciałeś na Ziemię’. Ale powiedzmy, że moja teoria, że coś może być nie tak miała swoje podstawy, nie-stety położna w szpitalu doradziła mi jedynie schowanie domowego ciśnieniomierza gdzieś głęboko, by nie wprowadzać samej siebie w błąd. I w tym miejscu przestałam myśleć, że coś może być nie tak…no skoro Pani Położna tak twierdzi…

Ciśnienie może i miałam podwyższone, ale poza tym czułam się dość dobrze, choć biorąc pod uwagę wieczne upały, które nadeszły nad Wielką Brytanię w tym roku, to czułam się nadzwyczaj dobrze zważywszy na mój ‚stan’. No ale…38. tygodnia ciąży, na dwa dni przed tygodniem 39. miało się to skończyć. Pani położna zaleciła mi przyjechać następnego dnia – w piątek – ponownie na powtórzenie wyników moczu i zbadanie ciśnienia. Pojechałam sama, mówiąc Tacie Groszka ‚tylko mi zbadają mocz i ciśnienie i zaraz wracam’, ta…gdybym wiedziała jak bardzo się myliłam, nie wyszłabym pewnie z domu wtedy. Ciśnienie moje szanowne usadowiło się na wyżynach około 140/90, białka w moczu było na dwa plusy. Oznaczanie ilości białka polega na jednym, dwóch, lub trzech plusach. Jeden – najmniej białka, trzy – najwięcej. Dzień wcześniej plusików było 1! W piątek koło południa 2, a po powtórnym badaniu chwilę później już 3. Wyrok: zgłosić się na oddział w szpitalu.

Zabrałam się do domu, wychodząc z niego w drodze do szpitala spotkaliśmy sąsiadów ‚tylko pojedziemy do szpitala, bo mam białko w moczu, niedługo wrócimy’ – oni również oczekiwali na moje rozwiązanie. Jakże byłam w błędzie, oj jak! Po przyjeździe na oddział – uprzednio poinformowanym o moim pojawieniu się – zostałam ‚zaakwalifikowana’ by otrzymać swoje łóżko, gdzie poddano mnie wielu badaniom. Przede wszystkim badanie tętna dziecka, znowu mocz, znowu ciśnienie. I postawiono mnie przed decyzją: zbadamy mocz przez 24 godziny i po tym wyniku ustalimy co dalej. Pomyślałam, ok, dadzą zbiorniczek, wezmę go do domu i grzecznie będę się oddawać wiadomej czynności gromadząc płyn w zbiorniczku. Ale nie…drugi raz w życiu musiałam zostać w szpitalu na noc…i gdyby to była tylko jedna noc…

Po 24 godzinach (w sobotę) kiedy już myślałam, że powiadomią mnie o wyniku i poślą w końcu do domu, okazało się, że owszem, kolekcja żółtego płynu się zakończyła, ale wyniki będą dopiero dnia następnego (w niedzielę)…zostałam tam więc noc kolejną. Ale informacja dla każdej dziewczyny, która mieszka tu, gdzie my: oddział czysty, cichy, jest samoobsługowa kuchenka, kilka razy dziennie przychodzi ktoś i pyta co bym zjadła (podają jadłospis), jest gdzie wziąć prysznic i ogólnie atmosfera nie jest stresująca przedporodowa…no dobra, wtedy jeszcze nie była. Bo już w niedzielę, kiedy to okazało się, że białko nadal jest i stwierdzono już oficjalnie u mnie stan przedrzucawkowy (choć praktycznie objawem było tylko to moje nieszczęsne ciśnienie i białko), mądra szpitalna głowa podjęła za mnie decyzję, że będziemy rodzić. Ale nie ja sama…tylko wywołają mi ten poród…

Bum…spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba, bo choć liczyłam się z tą możliwością od kiedy pojawiłam się w szpitalu, bo uprzedzali, że może tak być, tak jakoś ciągle myślałam, że będzie tak, jak sobie zaplanowałam – urodzę Groszka we wrześniu, najlepiej 3-go. A był dopiero 25 sierpnia w tamtą niedzielę. Nie wiedziałam, czy mam być zła, czy zawiedziona tym, co zgotował mi mój organizm, tak czy inaczej odwrotu już nie było i trzeba było podejść do tematu dzielnie i przyjąć wyzwanie.

Tego samego dnia podano mi globulkę, która owszem poskutkowała skurczami, ale poszły tak samo jak przyszły i w nocy przestałam się łudzić, że dzięki niej urodzę. I tak wcześnie rano w poniedziałek zabrano nas (bo byłam i ja i Groszek i Tata Groszka i moja Mama) na oddział porodowy. Początek był całkiem sympatyczny, były dwie urocze położne…które – wywołując u nas wszystkich wielkie rozczarowanie – kończyły pracę o 8 rano. W zamian pojawiła się nie dwie, a jedna położna i nie urocza, a… nieurocza (pozostanę poprawna). Wprawdzie starała się być miła, ale jej lekka dezorientacja przy ilości pracy, którą musiała przy mnie wykonać, niepokoiła i nie podobała się nam. W końcu JA TU RODZĘ! Potrzebuję najlepszej opieki! Wszystko zajmowało jej zbyt dużo czasu i zbyt często wychodziła na zbyt długo. Zbyt często i długo robiła notatki z postępu porodu, zamiast zajmować się – coraz bardziej obolałą – mną.

Przerwano mi wody – jeszcze w obecności miłych dwóch położnych – ale z resztą musiała radzić sobie ‚moja’ położna. Opętano mi ramię ciśnieniomierzem, tak na stałe. Podano tabletkę na zbicie ciśnienia. Monitorowano łyczki wody, którą bardzo potrzebowałam. Obwiązano brzuch tymi samymi pasami – do pomiaru tętna Groszka i moich skurczów. Następne wbito mi wenflon w lewy nadgarstek z kroplówką wywołującą poród. A kiedy do tego wszystkiego zaczynało coraz bardziej boleć, wiedziałam, no jakimś cudem podświadomie czułam, że przynajmniej do narodzin Groszka, nie będzie to mój najlepszy dzień. Nie mogłam stać, bo monitor gubił pomiar tętna i skurczów, siedziałam w niewygodnej (bo cały dzień) pozycji, drażniła mnie położna, a wiedziałam, że najgorsze jeszcze przede mną.

Tak więc najpierw zgodziłam się na ‚diamorphine’, czyli chyba po prostu morfina. Efekt? Cudowny! Gdyby nie to, że zaczął mijać, a pozostawił po sobie powieki o wadze tona każda. Nie mogłam utrzymać oczu otwartych do momentu aż poszłam spać około…hmm…4 rano? Walczyłam zażarcie z tym uczuciem, ale ponieważ ból powracał położna zaproponowała gaz, mówiła ‚oddychaj nim jak tylko poczujesz, że zbliża się skurcz, powinien złagodzić największy jego ból’, czy pomogło? Sama nie wiem, ale przynajmniej czymś miałam zajętą głowę. Ale gdy już tego było mi za mało – a przypomnę, najgorsze wciąż jeszcze było przede mną – poprosiłam w pełni świadomie, długo się wahając o epidural, czyli po polsku znieczulenie zewnątrzoponowe. I kiedy wszystko wskazywało na to, że się uda (choć już wtedy w mękach i cierpieniach czekałam na pomoc od tej chollllernej położnej!!! ‚czemu to wszystko tak długo trwa???!!! gdzie ona jest???!!!’), okazało się, że Groszek w końcu postanowił ulotnić się z ciasnej celi, w której do tej pory przebywał, i musiałam zacząc przeć i przede wszystkim – zapomnieć o znieczuleniu! Ha!

Parłam i krzyczałam i parłam i prawie płakałam i parłam…i jednak zdecydowano, że potrzebna będzie pomoc ssaka. I cieszyłam się w tamtej chwili z dwóch rzeczy, że w pokoju nie jesteśmy tylko my i położna, ale pojawiła się pani doktor, i, że koniec cierpienia jest bliski. Pamiętam najbardziej jak pani doktor mówiła, że już niedługo, potem powiedziała, że przy następnym parciu urodzimy, a ja błagalnie prosiłam i pytałam, czy aby na pewno, ale na pewno już teraz urodzimy???

I urodziliśmy…

I…czy ja pisałam cokolwiek o bólu? Zapomnijcie! Czy ja pisałam cokolwiek o płaczu? Niemożliwe! Czy ja na cokolwiek narzekałam tam wyżej we wpisie? Absolutnie! Czy to ja miałam ciśnienie 180/110 rodząc? Nieważne!

Ja właśnie zobaczyłam swojego nowonarodzonego Synka i uwierzcie mi…nic, NIC, N I C nie ma znaczenia w takiej chwili…nic nie boli, nic nie jest ważne, tylko ON. On taki malutki, on taki słabiutki, zmęczony, w szoku i w końcu…w końcu na mojej piersi. Ja płaczę, Tata Groszka płacze, moja Mama płacze…ja nie czuję, że kłują mnie jakimiś zastrzykami, nie czuję, że mnie rozcinali, a teraz zszywają, nic nie pamiętam, nic innego nie widzę tylko Jego. Mojego Synka, mój największy skarb i cud. Mój Groszek.

ND3_4844_2 ND3_4849_2 ND3_4860_2 ND3_4903_2 ND3_5000_2 ND3_5089_2ND3_4704fx1 ND3_4993fx ND3_5143fx ND3_5154fx ND3_5205fx

Related Posts

Share This

5 Comments

  1. Aga

    Oj, wzruszyłam się…

  2. U było podobnie, cały ból odszedł w momencie, gdy położyli mi malutkiego na brzuchu, cudowne uczucie… Ale! Szycie i ból szycia i łyżeczkowania pamiętam doskonale. Krzyczałam z bólu, a Wronek razem ze mną, i na lekarza krzyczałam :) Ale nasze dzieci są tego warte, by przez to wszystko przejść.

    • Mama Groszka

      To ciekawe, że musieli zastosować łyżeczkowanie, ja właśnie dlatego dostałam zastrzyk w udo, żeby łożysko szybciej wyszło. Już sobie wyobrażam jak musiało to boleć :/ współczuję!

  3. porod to chyba prawie zawsze niezla jazda, ktora rownie niespodziewanie sie konczy jak sie zaczyna :D dodam jeszcze wielkie czyszczenie, czyli wymioty i bieganie co chwila na kibel oraz wzrost adrenaliny, kiedy dziecko zaczyna sie przesuwac w dol… po prostu nie moge sie doczekac :D mialam podobna sytuacje z polozna tu w niemczech, w koncowej fazie wpadala na 5 sekund, zeby zerknac na aparat do ktg, ktore juz wtedy mialam na stale i gonila do babki obok, ktora chyba troche gorzej sobie radzila, bo musiala urodzic pozniej a tak darla ry…. :D na szczescie tym razem mam swoja polozna, ktora mi nie zwieje i na dodatek przyjedzie do mnie najpierw do domu, jak sie zacznie :)

  4. Mama Groszka

    Nie możesz się doczekać? Jesteś hardcorem ;)

Trackbacks/Pingbacks

  1. M jak Mama | Groszkowi ... - […] przebijanie wód, kroplówka z hormonem, w skrócie – do kitu. Więcej pisałam o tym tutaj. A samo rodzenie jest zjawiskiem …
  2. dzień pod znakiem pół-jubilata | Groszkowi ... - […] Czyli dzień, w którym nasze – ale bardziej moje ;) – dziecię skończyło pół roczku. Dokładnie o 20:03 został …

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>