MOM w słoiczkach Gerbera – przestroga

lut 4, 2014 by

MOM w słoiczkach Gerbera – przestroga

Kochani, wpis będzie dłuższy i będzie w nim dużo teorii, cytatów, ale uwierzcie, że warto przebrnąć przez niego do końca, dotyczy tak ważnej kwestii w macierzyństwie, jaką jest podawanie niemowlętom jedzenia ‚ze słoiczka’. Może nie każda z nas, ale przynajmniej część sięgnie po tego typu udogodnienia, a te, których problem nie dotyczy, mogą pokazać ten wpis swoim koleżankom, jako promocję zdrowego żywienia. ;)

Nie wiem czy widzieliście artykuł w Gazecie.pl z dnia 12 stycznia tego roku, dotyczył on jakże chwalonych w reklamach ‚dań’ w słoiczkach dla niemowląt firmy Gerber. Pewien klient zwrócił uwagę, że jako ich składnik widnieje MOM, czyli mięso oddzielane mechanicznie, dla niezorientowanych:
HISTORIA
Popularność MOM związana była z rosnącym w społeczeństwach konsumpcyjnych połowy XX wieku popytem na drób, co wiązało się z powstawaniem dużej liczby odpadów – szkieletów zawierających znaczne ilości mięsa i tłuszczu. Pojęcie wprowadzono w latach 60. XX wieku, pierwsze narzędzie do produkcji MOM, czyli odkostniarkę (także odkostniarka-separator)
METODY
Istnieją dwie metody pozyskiwania mięsa oddzielonego za pomocą urządzeń:
-chemiczna (hydroliza i oddziaływanie enzymami),
-mechaniczna (np. skrobanie, ścieranie lub tłoczenie)
Najpopularniejsza jest metoda tłoczenia (gwarantuje odzyskanie 70-80% wkładu), polegająca na przeciskaniu masy (surowej lub obgotowanej) przez cylindrycznie ukształtowane sita (oczko np. 1 mm), w których zatrzymuje się większych rozmiarów frakcja kostna, a miękka masa mięsno-tłuszczowa przechodzi do dalszej obróbki.
Separatory (odkostniarki) są urządzeniami przeznaczonymi do przemysłowej produkcji MOM. Umożliwiają mechaniczne oddzielanie od kości resztek mięsa drobiowego, wieprzowego lub wołowego uprzednio rozdrobnionych na krajarce do kości. Mielone kości, razem z mięsem są przenoszone (wytłaczane) przenośnikiem śrubowym w sita, gdzie dochodzi do separowania frakcji: mięsnej i kostnej.
ZDROWIE
Z uwagi na pozostałości resztek kostnych w masie, MOM może budzić różnorakie zastrzeżenia higieniczne i zdrowotne. Polskie Normy (PN-92/A-86522) określają ilość tych resztek w masie na poziomie 0,5%. Według tych norm, drobiowe mięso oddzielane mechanicznie winno mieć nie więcej niż 70% wody, 20% tłuszczu i nie mniej niż 12% białka. MOM, z uwagi na proces pozyskiwania, zawiera znacznie więcej tłuszczu niż zwykłe mięso. Jest też znacznie bardziej podatne na utlenianie, co powoduje konieczność stosowania przeciwutleniaczy. MOM, przechowywane i przetwarzane w nieodpowiednich warunkach, stanowi pewne potencjalne zagrożenie zdrowotne, dlatego wymagane jest jego szczególne traktowanie podczas całego procesu pozyskiwania i przetwarzania, a także stosowanie wyśrubowanych norm higienicznych, np. schładzanie po jednej godzinie od pozyskania do temperatury 2 °C, a po upływie 12 godzin głębokie zamrażanie (w tej formie może być przechowywane nie dłużej niż 3 miesiące).
ZASTOSOWANIE
Z uwagi na niską wartość spożywczą mięso oddzielane mechanicznie nie powinno być w zasadzie podawane w dużych ilościach osobom na specjalnych dietach, w wieku podeszłym lub małym dzieciom.”
Źródło Wikipedia

Ogólnie, ostatnie zdanie podsumowuje, gdzie nie powinno nigdy wylądować MOM. Teoria teorią, chodzi przede wszystkim o to, że mięso ddzielone mechanicznie „idzie do gorszej jakości parówek, pasztetów i kiełbas” i z oczywistych względów chyba każda Mama nie wyobraża sobie, że jej niemowlę będzie wcinać – jako swoje pierwsze pokarmy poza mlekiem – papki zawierające MOM.
Oto, co o użyciu MOM w swoich produktach w linii niemowlęcej mówi sam Gerber:
„wszystkie produkty marki Gerber spełniają rygorystyczne krajowe i unijne wymagania stawiane żywności dla niemowląt i małych dzieci”
„Jako pełnowartościowy surowiec mięso oddzielone mechanicznie jest szeroko stosowane w przemyśle spożywczym, w tym także jest wykorzystywane do produkcji odżywek dla dzieci”

Dlaczego Gerber korzysta z MOM? Ponieważ produkty słoczkowe dla niemowląt i małych dzieci:
„muszą posiadać odpowiednio przystosowaną do wieku dziecka kremową, jednolitą konsystencję, którą zapewnia mięso oddzielane mechanicznie”

Kwestia dyskusyjna, prawda? Ja również wyobrażałam sobie, że jeśli coś ma służyć dzieciom, robi się to z najlepszej jakości produktów – i tak też o nich pisze i reklamuje się Gerber – jednakże wiadomo, że MOM:
„To nie jest czyste mięso, są tam ścięgna, włókna, błony. A dziecko ma zwolniony proces trawienia, nie ma wszystkich enzymów. Każda matka chce zapewnić dziecku odpowiednie składniki odżywcze, w tym pełnowartościowe białka w odpowiednich proporcjach. Przy MOM nie mamy pewności, czy te proporcje będą zachowane”
Źródło

Po tym artykule Gerber postanowił zareagować i udowodnić, że ich fabryki pracują korzystając z najlepszej jakości mięsa, przy użyciu nowoczesnych maszyn. Ale chyba nikt im tej racji nie odmówi, prawda? Bo nie chodzi o mięso od uśmiechniętych kurczaków, ale o nieużywanie MOM do produkcji jedzenia słoiczkowego dla niemowląt. Pojawił się kolejny artykuł, jako odzew do rodzącej się afery, jest on długi, dlatego link do niego znajdzie się na końcu, jeśli ktoś chciałby prześledzić go całego, ja posłużę się cytatami.

Trochę ważnych faktów zawartych w tym artykule na temat żywienia dzieci naturalnie, a słoiczkowo:
1. „Świeże jedzenie od słoikowego różni się tym, że zawiera więcej składników odżywczych – głównie witamin, ponieważ nie przechodzi długiego procesu przetwarzania, jaki przechodzą owoce i warzywa słoikowe. Proces wzrostu rośliny jest taki sam, chodzi o to, co dzieje się z tą , powiedzmy marchewką po zerwaniu. Zwykle trafia ona w ciągu kilku dni na bazar, do domu, do garnka i do buzi dziecka, a ta słoikowa jest mrożona, skupiana przez fabrykę, rozmrażana, pasteryzowana, ładowana do worków, czasem powtórnie mrożona, po kilku – kilkunastu miesiącach znów pasteryzowana oraz mieszana według receptury, ładowana do słoików, do magazynu i do sklepów.”
2. „Taki produkt jest czymś całkiem innym niż ta świeża z bazarku. I co z tego, że na słoiku jest wypisana lista składników odżywczych, skoro ich bioprzyswajalność jest nieporównywalnie mniejsza niż ze świeżych produktów. Nie wystarczy włożyć do buzi odpowiedniej ilości składników, one muszą się jeszcze strawić i przyswoić!”
3. „Każdy technolog żywienia potwierdzi fakt, że im więcej zabiegów przechodzi produkt spożywczy, tym więcej właściwości oraz składników traci.”
4. „Tylko 18% produktów używanych do produkcji słoiczków pochodzi z Polski! Reszta jest importowana. Importuje się nawet marchewkę i jabłka!
To kolejny fakt przemilczany przez koncerny. A wiadomo,transport wymaga pewnych zabezpieczeń, użycia szczególnych środków, aby zminimalizować straty…”
5. „Wiele warzyw i owóców do produkcji jedzenia słoiczkowego jest kupowanych mrożnonych, albo jest mrożona w procesie produkcji. Każde mrożenie zabiera część składników odżywczych. Najmniej zielonym liściastym warzywom, ale jednak. Można mrozić, ale sporadycznie – chodzi o to, aby nasze pożywienie w większości było świeże. Dużą część produktów Gerber kupuje właśnie w tej postaci, to jest kwestia długiej przydatności do spożycia i łatwego transportu. Energetycznie rzecz biorąc – produkt mrożony nie ma wartości.”
6. Skutki zdrowotne są długofalowe […]  Z trawieniem, bo jeśli dziecko nie uczy się gryźć, szybko łyka, omija pierwszy etap trawienia w buzi (mało miesza pokarm w ustach ze śliną) i dostaje jedynie wysoce przetworzony produkt, to jego układ pokarmowy nie ma możliwości zrównoważonego rozwoju, uaktywnienia wszystkich enzymów trawiennych.”

Na mój gust te cytaty wystarczą, by skutecznie zniechęcić mnie od jedzenia słoiczkowego i o ile słoiczkowe owoce czy warzywa, są po prostu owocami i warzywami, tak gotowe obiadki zawierające ‚pierś z kurczaka’ czy ‚stek po Jakiemuś’ nie są tak naprawdę tym, czym opisuje je opakowanie słoiczka. A do tematu owoców i warzyw ze słoiczka jeszcze powrócę poniżej…

Jak widzicie Gerber prowadzi najczystszą postać marketingu reklamując swoje produkty jako te najzdrowsze, najbezpieczniejsze dla naszych dzieci. Swoje produkty rozszerzyli o te, które podaje się dzieciom do 2 roku życia! Wyobrażacie sobie 2 letnie dziecko z paszczą pełną ząbków ‚jedzące’ papki ze słoiczków? Przecież to jakiś absurd.
Za całym tym biznesem idzie więcej niefajnych faktów związanych na przykład z dodawaniem łososi hodowlanych czy nabiału – zbyt szybko do diety niemowlaków. Pomyślcie sobie, składniki takiego słoiczka mogą odbywać bardzo długą drogę, nawet trwającą 3 lata, zanim trafią do buzi Waszych dzieci, tak długi termin przydatności mają te produkty. Na przeciwko jest chociażby dynia, którą kupicie na rynku warzywnym, zabierzecie do domu, obierzecie, obgotujecie i podacie dziecku, wszystko przy minimalnej obróbce, trafi do ich buzi jeszcze tego samego dnia.

Wspomniana powyżej chyba najważniejsza kwestia dotycząca produktów słoiczkowych VS tych świeżych.
„Gerber chwali się świetnie zbilansowanymi proporcjami – pod względem zawartości mikroelementów, ale nikt nie myśli o tym, czy te świetne mikroelementy w ogóle się przyswoją. Podają dokładne zawartości witamin, ale czy zawsze są to witaminy naturalne – nie. Sztuczne witaminy są często rozpoznawane przez organizm jako ciało bliżej niezidentyfikowane. Poza tym, sztuczne to taka podróbka witamin naturalnych – to te naturalne dzięki swemu unikalnemu składowi i budowie są w pełni przyswajalne. Wielu lekarzy mówi, że witaminy z aptek wydalamy w całości i nie ma sensu ich w ogóle kupować. Nasz organizm najlepiej żywi się produktem, który jest jak najmniej przetworzony – chodzi o to, aby w danej ilości (którą jesteśmy w stanie zjeść) były zawarte naturalne, dobrze przyswajalne mikroelementy.”

Tyczy się to również oczywiście owoców i warzyw, kwestia o tyle dyskusyjna, że kupując je w marketach nie jesteśmy świadomi skąd pochodzą, jak były uprawiane, jak były transportowane i w jakich warunkach. Więc kiedy czytamy na opakowaniu słoiczka ‚Jabłko 100% organiczne’, myślimy, że producent chyba wie co robi i nie poda dziecku niczego, czego dostać ono nie powinno. Wyobrażamy sobie uśmiechniętych pracowników sadów owocowych, radośnie zbierających te jabłka i wkładających je delikatnie do wielkich skrzyni. Jabłka jadą do fabryki, gdzie są w tajemniczy sposób przetwarzane, mrożone, pasteryzowane, dodaje się im witaminy w sposób sztuczny, a potem reklamuje jako najlepszy wybór i wyrób dla naszego dziecka. Sama kilka dni temu stałam przed tym dylematem i ostatecznie kupiłam kilka słoiczków z mieszanymi owocami/warzywami dla Groszka. W tym momencie zastanawiam się, czy w ogóle mu to podać, bo do tej pory doskonale radziłam sobie z domową obróbką kupionych słodkich ziemniaków, dynii, marchewki. Przynajmniej wiem co działo się z daną ‚papką’ zanim papką się stała. Na pewno prościej podać gotowy produkt w postaci: jabłko z mango, czy brzoskwinia z jagodą, niż samemu szukać owoców najwyższej jakości w sklepach – o ile w ogóle w sklepach egzotyczne owoce ‚najwyższej jakości’ istnieją, tu jest ten haczyk…

A co za te kilka miesięcy, kiedy Groszek będzie gotowy na dalsze rozszerzanie listy produktów odpowiednich dla jego wieku? Tego nie poddaję pod wątpliwość, wybór jest tylko jeden. Wszystko będę sama jemu gotować i podawać, by sam mógł wybierać ile czego chce i ma ochotę zjeść, czyli tzw. BLW (z angielskiego baby led weaning). Strona o BLW.
Wprawdzie nie zaczęliśmy standardowo, bo Groszek ma już na swoim koncie kleik ryżowy, kaszkę jaglaną, zmielonego: słodkiego ziemniaka, dynię i marchewkę oraz jabłko, ale gdy tylko będzie gotowy, tj.:
„BLW zaczynamy bezwzględnie dopiero wtedy, kiedy dziecko potrafi samodzielnie usiąść. Jest to etap rozwoju potrzebny do tego aby dziecko miało już wykształcone potrzebne cechy – żeby umiało już chwytać palcami i kierować rękę do buzi. Jest to też idealny moment na rozszerzenie diety – organizm dziecka jest gotowy do przyjęcia innego niż mleko pokarmu a dziecko wykazuje największe zainteresowanie nowościami i nauką w ogóle.”
z przyjemnością posadzę go na krzesełku i zaprezentuje wszystkie odpowiednie do jego wieku produkty w postaci malutkich cząsteczek, kawałków, które sam będzie mógł próbować, badać, gryźć i ostatecznie zjadać. :) Bardzo Was zachęcam do dalszej lektury na ten temat, wprowadzając BLW do diety dziecka nauczycie go samodzielności, zaspokajania ciekawości, BLW nie powoduje złych nawyków żywieniowych, bo podajecie dziecku wszystko, a ono samo wybiera co mu smakuje, a co nie. Zalet BLW jest baaardzo dużo, właściwie nie widzę żadnych wad, no może poza tym, że jedzenie serwowane dziecku jest wszędzie, tylko nie w jego buzi. ;)

Podsumowując, kochane obecne i przyszłe Mamy, zastanówcie się zanim zdecydujecie się karmić Wasze dzieci czymś tak dalekim od naturalnego jak słoiczki. Przecież gotujecie sobie jedzenie, nie ma najmniejszego problemu w tym, że w osobnym garnuszku (na przykład na parze) przygotowujecie małą porcję warzyw, mięska dla Waszych pociech. Świeże produkty mają najwięcej właściwości odżywczych, ich bioprzyswalajność (czyli to, ile witamin i minerałów wchłonie organizm dziecka) pokonuje te słoiczkowe w przedbiegach, poza tym same wtedy doskonale wiecie czym karmicie własne dziecko. :)
Jeśli zdecydujecie się podać dziecku owoce czy warzywa ze słoiczka również upewnijcie się, czy tabela żywieniowa dla dzieci zezwala na ich wprowadzenie w danym wieku. Bardzo często producenci wkładają do słoiczków owoce/warzywa nieodpowiednie do wieku dziecka. Przykładowa tabela żywieniowa znajduje się na przykład TUTAJ.

Myślę, że napisałam już dość, może aż za dużo, wszystko po to, by Was uświadomić i uchronić przed niepotrzebnymi, niesłusznymi wyborami.

Całość artykułu znajduje się pod TYM linkiem. Zachęcam do lektury. I zapraszam do dyskusji! :)

Groszek z moją ukochaną blond linią włosów poniżej…

ND3_7437 ND3_7441 ND3_7443

4 Comments

  1. Agnieszka

    Czasem Mamy nie mają wyjscia, bo idąc tym tropem, przecież mleko w proszku to sama sztuczność, sztuczne witaminy, minerały, a przecież czasem musi to stanowić 100% diety malucha.
    Z jedzeniem jest podobnie – rozumiem mamy które sięgają po słoiczki. Mięsko kupowane w naszych marketach? Nie wiadomo czym to jest faszerowane.
    Najlepiej mieć własny ogródek, własną krówkę, kurkę – choć pewnie wymogi unijne by nakazywały je szczepić, leczyć, szprycować.. i koło się zamyka.
    Jak dla mnie nie ma już całkiem zdrowego jedzenia, ale jak najbardziej popieram przygotowywanie samemu, z tym że możliwe są u mnie pewne wyjątki od reguły ;)

    • Mama Groszka

      Wiem o czym mówisz, chodzi o to, żeby nie popaść w paranoję, w jedną, czy drugą stronę. I o ile owoce/warzywa słoiczkowe nie składają się z czegoś jak MOM, tak te wszystkie ‚obiadki’ mnie odstraszają, a czas, kiedy Groszek już będzie mógł spróbować mięska zamierzam wykorzystać na nauczenie go samodzielnego jedzenia, jestem pewna, że to sprawi mu frajdę, nie mam wątpliwości. :)

  2. kolorowakredka

    Ech, gdyby człowiek popadał w takie skrajności, to już chyba nic by nam nie zostało do jedzenia :/ Ja akurat też nie daję córeczce gotowych obiadków, poprzestaję na samej marchewce (przyszła z poradnikiem żywienia Bobovity) i na razie wszystko w porządku. Ale mięsko będę przygotowywać sama. No i chyba spróbujemy tego BLW!

    • Mama Groszka

      To prawda, ale z opcji mniej i jeszcze mniej zdrowej wybierajmy chociaż to, co lepsze. Obecnie sprzedawane warzywa czy mięso też nie powala jakością, ale przygotowane samemu w domu o wiele lepiej się przyswaja, niż te kupne słoiczki. Mi akurat najprościej jest przygotować mieszankę warzyw czy owoców własnoręcznie, problemem jest mięsko, które trzeba jakoś przemycić do obiadku. :) Powodzenia życzę z BLW! :)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>