gorzkie żale…

gru 29, 2013 by

gorzkie żale…

Oj zupełnie niepotrzebnie weszłam na konto…i tak dość smutna i drażliwa sytuacja tam panuje. Nie warto nawet pisać ile kasy tam ‚mam’, bo na tym etapie mogę tylko wyliczać ile jej nie posiadam. Wydawało Wam się, że macierzyński w Anglii to je bajka? Otóż jesteście w wielkim błędzie…

Skąd przeświadczenie, że w Anglii kobietom opłaca się rodzić i nie pracować? Już nie pamiętam, bo sama chyba nigdy takiej wiedzy nie posiadałam. To znaczy może i się opłaca, jeśli przynajmniej oficjalnie jest się samotnie wychowującą matką i do tego ma się kilkoro dzieci. Jeśli żyje się w związku (tutaj partnerstwo zalicza się do oficjalnego związku), przy czym oboje partnerów pracuje, to już płaca jednej osoby to za dużo, by starać się o tak zwane ‚benefity’.

Wygląda to tak, że angielskie nastolatki bardzo szybko zachodzą w ciążę, posiadają kilkoro dzieci z różnymi partnerami, w wieku powiedzmy 21 lat mają już 2, czasem 3 dzieci. Niekiedy żyją z partnerem, który też zajmuje się swoimi dziećmi z poprzedniego związku/związków, także łącznie posiadają na przykład 5 dzieci – wtedy państwo sypnie kasą. Dziewczyny takie niejednokrotnie poświęcają życie na rodzenie i wychowywanie dzieci i nie pomylcie się, nie wynika to z ich pasji w tym temacie, one po prostu nie mają ochoty ani pracować, ani się uczyć, idą ‚na łatwiznę’ i w większej lub mniejszej nędzy wychowują swoje i nie swoje dzieci. Kasa jest, jasne, ale zostaje spożytkowana na zachcianki, a chyba najmniej na potrzeby dzieci. Czasem żal i szkoda patrzeć, a niekiedy – gdy jeszcze pracowałam i niemały procent odkładałam na te wszystkie podatki, składki – nerw człowieka bierze wiedząc, że jego ciężko zarobione pieniądze trafiają do takich nierobów.

A co potem dzieje się z taką mną, kiedy w 9 miesiącu – ‚bo skoro dobrze się czuję, to nie będę rezygnować z pełnej wypłaty’ – udaję się na macierzyńskie? Otóż nasza kochana firma nazwijmy to delikatnie ‚średnio’ interesuje się kobietami i dostajemy tylko tyle, ile firma/państwo zobowiązane jest dać. Także przez pierwsze 6 tygodni macierzyńskiego (a o tym, kiedy zaczyna się macierzyńskie będzie poniżej…) dostaje się 90% wypłaty, a jeśli na przykład pod koniec ciąży pracowałam mniej, ze względu na swój stan, dostanę odpowiednio mniejsze 90%. Te 90% dostaję od firmy, w której pracuje, a płacą to tylko dlatego, że są do tego zobowiązani przez prawo. Przez następne 33 tygodnie otrzymuję państwowe macierzyńskie, które nijak ma się do macierzyńskiego, które przysługuje w Polsce…otóż macierzyńskie to, to nawet nie 50% moich zarobków. A gdybym zarabiała więcej – bo pracując jak pracowałam, czyli na dniówkach od poniedziałku do piątku – to nadal kwota ta pozostawałaby taka sama. Czyli, gdybym na przykład pracowała na zmianie jak Tata Groszka i on automatycznie pracując na nockach i we wszystkie święta (zależnie jak mu wypadnie) zarabia o około 1/3 więcej ode mnie, macierzyńskiego dostawałabym w kwocie równiej 1/3 mojej wypłaty. Jedna wielka kupa…

Oczywiście są miejsca i zawody, gdzie oferuje się znacznie lepsze warunki macierzyńskiego…chyba czas się temu przyjrzeć…

Mam opcję niepracowania kolejne 3 miesiące po tych 6 + 33 tygodniach, ale wtedy byłoby/będzie to zupełnie bezpłatne. I tak to rozważam, bo mimo bidowania, bardzo, ale to bardzo zależy mi na spędzeniu roku w domu z Groszkiem…

A kiedy zaczyna się macierzyńskie pracując? Nie, nie z momentem dowiedzenia się, że jest się w ciąży. Tutaj nie ma czegoś takiego, jak zwolnienie lekarskie na ciążę, bo jeśli mój stan fizyczny nie pozwala mi pracować już w 4 czy 5 miesiącu ciąży na przykład, od tego momentu zaczyna się moje macierzyńskie. Czyli, gdybym poszła na macierzyńskie w 3 miesiącu ciąży, to gdy dziecko urodziłoby się ja miałabym już ‚z głowy’ pół roku swojego macierzyńskiego i albo musiałabym wrócić do pracy gdy dziecko miałoby 3 miesiące, albo gdy miałoby 6 miesięcy (ale odpowiednio ostatnie 3 miesiące byłyby dla mnie bezpłatne), kaszana, prawda?

Chyba nie pozostaje mi nic, jak ‚narobić’ jeszcze 3, do tego zgłosić, że mieszkam sama, a nie z kimś, utrzymuję się sama, a nie z kimś i wtedy zapewne ‚zarabiałabym’ na tym znacznie więcej, niż dostałabym wypłaty. Ma to sens? Jasne, że nie!

A co w związku z tym, z powrotem do pracy i pozostawieniem dziecka pod opiekę…no właśnie czyją? Żłobka? Niani? Znajomych? Rodziny? Załóżmy, że pomyślałam sobie, że po pierwsze moje dziecko musi oswajać się – będąc w obcym kraju – z językiem, dodatkowo chciałabym, by spędzało czas z rówieśnikami, by miało kontakt z dziećmi, otwierało się na innych i poprzez to lepiej rozwijało. Czyli pozostaje mi opcja żłobka. A ile kosztuje taka przyjemność? Ano około 2/3 mojej wypłaty licząc koszt na miesiąc…no chyba, że zmieniłabym pracę na lepiej płatną, ale z opcją pracowania na dniówkach tutaj gdzie mieszkamy jest to raczej niemożliwe, bo nasza firma i tak płaci dość dobrze. 2/3 wypłaty…a za to nie będę widzieć swojego dziecka cały dzień, przez 5 dni w tygodniu, czy nie lepiej byłoby poświęcić 1/3 i pozostać z nim w domu? Sama nie wiem, bo z jednej strony nie wyobrażam sobie siedzieć w domu z dzieckiem latami, myślę, że dla zdrowia psychicznego potrzebowałabym powrotu do pracy, do ludzi dorosłych, takich, a nie innych, ale zawsze dorosłych…choć na ten moment nie narzekam móc patrzeć na Groszka każdego dnia tyle godzin…patrząc prawdzie w oczy, nie zamieniłabym tego na nic innego.

Oczywiście po jakimś roku, kiedy to – miejmy nadzieję – nauczy się wstawać i chodzić, chciałabym umożliwić nam wszystkim spokój pod kątem finansowym i wrócić do pracy, bo jednak świadomość, że nie trzeba liczyć pieniędzy na każdym kroku, jest komfortowy i przyzwyczaiłam się do tego. Nie potrafię sobie wyobrazić, że miałabym nie widzieć Groszka całymi dniami, ale miejmy nadzieję, że gdy będzie starszy, bardziej samodzielny i otwarty do ludzi/dzieci, przyjdzie mi to łatwiej i będę gotowa. Będę, prawda?

Myślę, że jeszcze przyjdzie pora się nad tym głowić, ale nie/stety mam to do siebie, że za bardzo wyprzedzam czas, by się czymś pomartwić, a o czym powinnam myśleć obecnie zamiast tego? Ano o tym, że Groszek skończył 4 miesiące 2 dni temu i pora zastanawiać się nad rozszerzeniem jego diety. Wspólnie z mądrą koleżanką – która też dużo mi wytłumaczyła, bo dla mnie to jeszcze jest abstrakcja – postanowiłam, że Groszek zacznie zaznajamiać się z nowymi pokarmami zaczynając od kaszki jaglanej (bezglutenowej), po kilku dniach dodam warzywka, może jakieś owocki, a oprócz stopniowego wprowadzania kolejnych warzyw/owoców wprowadzimy gluten (znajdujących się w zbożach) w miesiącu 6. W międzyczasie planuję podać owsiankę, które zawiera odrobinę glutenu. Kaszka jaglana już zamiówiona, a zaczniemy myślę około 4 i pół miesiąca życia Groszka, przyznam, że nie mogę się doczekać jego reakcji. :) Myślę, że będzie dobrze, bo już teraz bardzo bacznie obserwuje, kiedy siedzi obok mnie na bujaczku, a ja coś jem.

O rozszerzaniu diety Groszka więcej napiszę kiedy indziej, w ogóle zapewne poświęcę temu dużo czasu, bo powoli zaczynam wkręcać się w ten temat. Zależy mi, żeby wszystko zrobić tak, jak się obecnie zaleca. Chciałabym, żeby zaznajomił się z jak największą ilością smaków, coby za kilka lat nie świrował nad talerzykiem mając zjeść brukselki… ;) A na jaką kaszkę jaglaną się zdecydowaliśmy? A taką:

holle-organic-millet-porridge-4mths-6-x-250g

Źródło.

Millet to po angielsku kasza jaglana. Porridge to na nasze ‚owsianka’, ale oczywiście owsianką to nie jest, bo owsu to nie zawiera. :) Och, co to będzie?! :)

Dzisiaj zdjęć Groszka nie będzie, ale jutro postaramy się to nadrobić…

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>