AlaAntkowe przepisy według Mamy Groszka vol. 1

lip 12, 2014 by

AlaAntkowe przepisy według Mamy Groszka vol. 1

Jak wiadomo, im starsze niemowlę, tym więcej potrafi, jest bardziej kontaktowe, rozumne, ruchliwe.
Jednocześnie ilość produktów, które coraz to starsze dzidziusie mogą jeść zwiększa się, a niejednokrotnie Mamy gubią się co i jak podawać. Co podać, by było zdrowe, by smakowało dziecku i skąd wiedzieć, że będzie smakować, skoro trzeba unikać tego, co nadaje smak potrawom, czyli sól / cukier?
Jakiś czas temu stanęłam przed tym dylematem i błądziłam. Dość długo. Nie chciałam dać Groszkowi nic, co byłoby jeszcze nie na jego wiek i układ pokarmowy. Małe brzuszki dzieci, ich jelita są wciąż delikatne, wrażliwe, niedoświadczone w kontakcie z tym wszystkim, co my jemy na codzień.
Nie jest więc łatwo przedstawić niemowlęciu coś, co jeść może, a co ważniejsze, będzie zróżnicowane, pożywne i jak najbardziej naturalne. Podawałam więc Groszkowi niemal to samo, kilka zblendowanych warzyw, czasem przemyciłam kawałek mięska. Wiedziałam, że robię źle, że za mało dobrych rzeczy daję Groszkowi do jedzenia. Powinien regularnie jeść mięso, żółtko/jajko, większą ilość warzyw, plus kaszy, ryż. Ciężko było mi się w tym wszystkim odnaleźć.

O stronie AlaAntkoweBLW wiedziałam od dawna, ale długo nie przekonywałam się do niej, teraz zupełnie nie wiem dlaczego, serio! Chyba wszystkie te przepisy wydawały mi się zbyt pracochłonne, skomplikowane, a składniki wykorzystywane tam – niedostępne. I owszem, obecnie wiem, że jeszcze nie nabyłam ani karobu, ani mąki amarantusowej, czy amarantusa ekspandowanego – do niedawna wszystkie te nazwy nie kojarzyły mi się z niczym, niczym jadalnym. ;)
Przepisy jednak same w sobie są proste, szybkie do zrobienia, no i sprawdzone na dzieciach. ;) Z dwa tygodnie temu w końcu zdecydowałam się wypróbować któryś z przepisów na stronie dziewczyn i rezultat przerósł moje oczekiwania. Nie byłam przekonana co do efektu końcowego, ale kiedy zobaczyłam Groszka, który sam bierze do łapki, a następnie do buzi pokrojone kawałki placków cukiniowo-szpinakowych, wiedziałam, że to był dobry wybór i że powinnam była już dawno zdecydować się, by ze strony AlaAntkoweBLW skorzytać.

Bez owijania w bawełnę, chcę przedstawić Wam te kilka przepisów, które z Groszkiem sprawdziliśmy, powiem szczerze które z nich nam podeszły, a które nie. Same będziecie mogły po nazwie i składnikach, oraz mojej / naszej opinii zdecydować, czy wypróbujecie dany przepis, czy nie. :)

Zaczęliśmy od placuszków szpinakowo-cukiniowych.

I od razu mówię, nie miałam mąki amarantusowej – użyłam pszennej, a zamiast normalnego (krowiego) jogurtu naturalnego użyłam sojowego naturalnego jogurtu firmy Alpro. No i byłam w szoku. Sama oczywiście próbuję wszystkiego, co serwuję Groszkowi, żeby nie musieć wmuszać mu czegoś, co mi nie będzie smakować (z jakiej racji więc powinno smakować jemu?:) ) i nie byłam zachwycona. Smak, mimo użycia czosnku i pieprzu, zbyt jałowy na mój gust. Ale czego się spodziewać, moje kubki smakowe przyzwyczajone są do przypraw, soli przynajmniej.
Groszek jednak przyjął smak ze smakiem ;) i wielką aprobatą. Do tego stopnia, że sam zajadał położone przed nim pokrojone kawałki placuszków. A jemu faktycznie musi coś smakować, by chciało mu się samemu po to sięgać. Placuszków z jednej porcji wyszło tyle, że karmiłam nimi Groszka przez dwa kolejne dni. Żadnego sosiku nie przygotowałam. Wcinał ‚suche’ i popijał wodą i był całkiem zadowolonym małym głodomorem… :)

Następnie podjęłam się (dwukrotnie) frytek warzywnych.

Za pierwszym razem użyłam ziół prowansalskich – tak, jak w przepisie. Wykorzystałam słodkiego ziemniaka  i marchewkę, pokroiłam warzywa w paski, polałam oliwą z oliwek i posypałam ziołami. Wszystko wymieszałam i wstawiłam do naczynia żaroodopornego do piekarnika. Ponieważ nieczęsto wykorzystywałam zioła prowansalskie do czegokolwiek, nie byłam świadoma jaki był ich smak. I niestety, i smak i zapach mają intensywny i do tego niekoniecznie dzieciolubny. Frytki nie smakowały ani mi, ani Groszkowi.
Dlatego drugie podejście zrobiłam z przez siebie wyselekcjonowanymi przyprawami. Majeranek, natka pietruszki, pieprz i czosnek i chyba nic więcej – tych przypraw użyłam. I choć w trakcie pieczenia frytki – tym razem tylko pietruszkowe i marchewkowe – pachniały naprawdę apetycznie, znowu w smaku nie powalały. Dodatkowo środek pietruszki (korzenia) był dość twardy, a brzegi gumowe. Wybrałam więc większość tych marchewkowych i kilka gryzów udało mi się przemycić Groszkowi. Ponownie bez ciśnienia, że zjeść musi.

Bardzo zależało mi na mięsnej potrawie, dlatego zdecydowałam się z chęcią na ryżowe klopsiki, które podałam w sosie pomidorowym.

Tym razem było to danie przygotowane dla mnie i dla Groszka. Po 4 dniach miałam dosyć i klopsików i sosu pomidorowego…bleee. :) Groszkowi klopsiki podawałam dwa dni. Przy czym jednego dnia zjadł je z frytkami warzywnymi, ale drugiego już z ziemniakami, które przygotowałam dla siebie. Ależ wcinał! Tym razem przepisu nie zmieniałam i choć byłam dość sceptyczna do drobno posiekanej natki pietruszki i ostatecznie wsypałam jej o połowę mniej, niż nakazuje przepis, klopsiki (czy tam pulpeciki) i tak były pyszne!

Kolejnym nowym daniem była pierś indycza w sosie koperkowym. Sosik koperkowy zrobiony na wodzie, mące pszennej, śmietanie, no i posiekanym drobno koperku i choć trochę musiałam nad nim popracować, by uzyskać właściwy smak, w końcu się udało i znowu razem z Groszkiem wcinaliśmy nasz obiad. :)

W międzyczasie, gdy tylko zobaczyłam przepis, musiałam zrobić Groszkowi – dwukrotnie – jajecznicę na parze. Dwukrotnie, bo miałam dość ziół/przypraw, by powtórzyć udaną potrawę, no i przy okazji podać jajko. Gdzieś mignął mi przepis na taką właśnie jajecznicę ze szczypiorkiem, nie mogę jednak go znaleźć na stronie AlaAntkowegoBLW, oznacza to, że widziałam go gdzie indziej, ale gdzie? Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej schemat jest ten sam, więc możecie zerknąć na przepis koperkowej jajecznicy na parze.
Drobno siekacie wybrane zioła – ja użyłam natkę pietruszki, koperek i zieloną cebulkę, zagotowujecie wodę w garnku, a na nim stawiacie talerzyk, na to dałam odrobinę masła, a gdy się rozpuściło wlałam rozbełtane jajko z ziołami, dodałam odrobinę mielonego czosnku (w przyprawie) i pieprzu. Do smaku dałam świeżej bułki z masełkiem, którą Groszek zagryzał na zmianę z jajecznicą. Ale mu smakowało! Dlatego postanowiłam powtórzyć ten sukces. Niestety z jakiegoś powodu Groszek dostał uczulenia wokół ust, tylko po czym? W drugiej porcji ziół (które zostały po pierwszej jajecznicy) było o wiele więcej natki pietruszki, może to to? A może – jak sugerowała koleżanka – jajko? Jeśli tylko jest taka opcja w Anglii, poszukam w sklepach jaj przepiórczych, z nimi nie powinno być takiego problemu. A co do jajecznicy, szczerze polecam, jest naprawdę pyszna, aż żałowałam, że Groszek zjadł całość, nic mi nie skapnęło. :D

Słyszałyście kiedyś o mleku roślinnym? Zastanawiałyście się jak takowe powstaje? Bo ja nigdy! Okazuje się jednak, że przepis jest dziecinnie prosty. Wszystko dlatego, że tak małym dzieciom nie wolno podawać krowiego mleka, a ja miałam wielką chęć poczęstować Groszka naleśnikami, tylko jak je zrobić skoro normalne mleko jest niedostępne? Okazuje się bowiem, że i z płatków owsianych, z migdałów czy ziaren słonecznika można zrobić mleko roślinne, które może posłużyć do zrobienia naleśników. Jak przygotować takie mleko?

Oto przepis na roślinne mleko słonecznikowe.

W moim przypadku – posłuchałam się koleżanki nie patrząc uprzednio na przepis – zalałam nasączone wodą ziarna słonecznika 3, zamiast 4 szklankami wody. Tak czy inaczej wyszło dobrze (bo czy dobre to nie wiem) i ostatecznie mleka mam około 700/800 ml. I nie wiem co z taką ilością zrobię, bo do dzisiejszych naleśników zużyłam jedynie pół szklanki.

Ponieważ pozostałością z robienia  mleka jest miazga słonecznikowa, szkoda było mi ją wywalać, chciałam więc wykorzystać ją do zrobienia ciasteczek słonecznikowch. A jak je wykonać?
Przepis TUTAJ, jednakże ja z niego nie skorzystałam, a raczej opierałam się z moją koleżanką na nim tylko odrobinę. Jeśli więc również nie posiadacie w kuchni amarantusa ekspandowanego, czy siemienia lnianego (siemia? :D) to możecie odważyć się wykorzystać nasz (a właściwie koleżanki) autorski przepis, który mogę potwierdzić, że należy do udanych. Oto, co będziecie potrzebować:

– 1 szklanka miałłu / miazgi słonecznikowej (czyli na oko tyle, ile pozostało mi z robienia mleka)
– 1 szklanka kleiku ryżowego (tak, tego dla dziecka :D )
–  łyżka mąki (i choć miałam kukurydzianą, to jednak użyłam pszenną)
– łyżka słonecznika łuskanego i łyżka  pestek dynii (te akurat miałam razem w jednej paczce, więc dałam 2 łyżki ;) )
– pół łyżeczki proszku do pieczenia
– 1 banan

Wszystko w miarę dokładnie wymieszałam razem. Na blasze rozłożyłam papier do pieczenia i rozgniatałam kulki ciasta na płaskie ciasteczka. Piekłam w 180 stopniach około 25 minut. Wyszły bardzo minimalnie słodkie (dzięki bananowi) i teraz wiem, że powinnam była trzymać te ciasteczka w zamknięciu, pozostawione na powietrzu stają się gumowate, a świeże były chrupie z wierzchu i miękkie w środku. No i Groszek je zajadał, dobra zdrowa alternatywa dla wszelkich kupnych ciasteczek.

Ale, ale, przecież mowa była o naleśnikach! W tym przypadku postanowiłam użyć inwencji własnej i polegać na swojej intuicji. Przepis na naleśniki jaglane TUTAJ. Z braku laku, czyli z braku suszonych moreli i mleka ryżowego, wykorzystałam suszone śliwki i oczywiście moje mleko słonecznikowe. Kaszę jaglaną z 3 pokrojonymi w paski śliwkami suszonymi po ugotowaniu zblendowałam (dodając odrobinę mleka słonecznikowego), potem już postąpiłam według przepisu. Do naleśników – by je osłodzić i urozmaicić smak – dodałam jogurt sojowy (wcześniej wspomniany Alpro) i rozgniotłam borówki amerykańskie.
Niestety trafiłam na ząbkowanie dwójek Groszka, ogólne złe samopoczucie i płacz. Pomiędzy rykami udało mi się wmusić trochę naleśnika Groszkowi. Wmusić, bo wiedziałam, że zjeść coś musi, a chwilę wcześniej wcinał go z chęcią. Ponownie, smak – dla dorosłych użytkowników – dość jałowy (bo słodzony jedynie śliwką suszoną), jednakże w połączeniu z jogurtem i borówkami, smaczny, naprawdę smaczny! Szczerze polecam. :)

To by było na tyle, co Wy na moje propozycje? Szczerze, to dziewczyny mają tyle fajnych przepisów, że aż żałuję, że tylko raz dziennie mogę coś zaoferować Groszkowi. Z drugiej strony powinnam mieć zaplanowany jadłospis dla niego na długie miesiące. Na pewno muszę nabyć jeszcze kilka kluczowych składników potraw. Te przewijają się bardzo często. Wcześniej wspomniany karob, mąka amarantusowa, czy płatki owsiane. Są dobrym uzupełnieniem wielu przepisów, a mi zależy, by wdrożyć w codzienną rutyną gotowanie według przepisów AlaAntka. I każdej z Was również polecam. Wielką satysfakcję daje przygotowanie własnemu dziecku coś, sporządzonego na naturalnych produktach, co na końcu będzie mu smakować. Świadomość, że jest to zdrowe, pożywne danie, które dziecko je z chęcią, naprawdę dodaje skrzydeł. To wcale nie jest takie trudne i czasochłonne i zawsze możecie spróbować połączyć Wasze dania z tymi dla dziecka. Potrawy wcale nie muszą posiadać soli, by dobrze smakować. Sprawdziłam na sobie, a sól uwielbiam, więc wiem, co mówię.
No i oczywiście zapraszam Was na stronę www.AlaAntkoweBLW.blogspot.co.uk

By nie było Wam smutno, że nie zobaczycie dzisiaj Groszka, wstawiam zdjęcie sprzed kilku dni, Tata Groszka strzelał, a Groszek na swój uroczy sposób pozował.

ND3_0020

 

 

3 Comments

  1. Kasia

    Hmmm… A ja dzisiaj ugotowałam zupkę na skrzydełku ;-)

  2. Ja ciągle coś wymyślam i chętnie skorzystam z inspiracji. Soli i cukru nadal nie używamy, chyba że w śladowych ilościach. Obiady zazwyczaj jemy razem, wiec jest ciekawie :D W razie czego zapraszam po inspiracje :D

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>